
Grzegorz Wierzchołowski - dziennikarz, z-ca redaktora naczelnego portalu Telegraf 24.pl. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa. Scenarzysta i dokumentalista w telewizji TVN, potem dziennikarz śledczy "Gazety Polskiej". Pisał też w tygodniku "Najwyższy Czas!". Od kwietnia 2008 roku z-ca redaktora naczelnego ogólnopolskiego portalu Niezależna.pl, od maja 2009 - redaktor naczelny tego portalu. Zdeklarowany antykomunista, konserwatywny - liberał (niegdyś członek UPR), zdecydowany przeciwnik eurokołchozu oraz socjalizmu w każdej postaci.
KOMENTARZE:
Jedynie prawda jest ciekawa
Rosja Putina jak Stalina
Mijają cztery miesiące od tragedii, w której zginął prezydent RP i elita polskiego narodu, a śledztwo zawłaszczone przez Putina nic nie wyjaśniło.
Rosjanie kłamią, mataczą, bezpodstawnie przerzucają winę na polskich pilotów, tak jak w 1943 r. po zbrodni katyńskiej przerzucali winę na Niemców. To wskazuje, że Rosja ukrywa przed nami prawdę o katastrofie. Cały wysiłek rosyjskiego śledztwa skierowano na udowodnienie, że za katastrofę odpowiada załoga, a nie jest ona wynikiem błędnego naprowadzenia samolotu i być może eksplozji. Nawet tych hipotez nie badano, ale od razu, bez podania przyczyn, je wykluczono.
Skoro wszystko według rosyjskich śledczych jest jasne – zawinił pilot Arkadiusz Protasiuk i prezydent Kaczyński, który go zmusił do lądowania – dlaczego zacierano ślady: rodziny ofiar nakłaniano w Rosji do podpisania zgody na zniszczenie ubrań, teren katastrofy zrównano spychaczami, złożono wniosek do sądu wojskowego w Warszawie o zniszczenie rzeczy osobistych ofiar, polskich lekarzy i obserwatorów wyłączono z uczestnictwa w sekcjach zwłok, zadbano, by przysłanych z Moskwy trumien nie otwierać, wycięto drzewa na miejscu katastrofy, zawłaszczono czarne skrzynki, fałszowano stenogramy?
Przerażające jest to, że polski rząd i polskie media – poza wyjątkami – przeszły do porządku dziennego nad kłamstwami smoleńskimi. Rządzący nie zwrócili się do Rosji o przejęcie śledztwa przez Polskę lub międzynarodową komisję z udziałem przedstawicieli NATO. To Rosjanie, bez udziału Polaków, zabezpieczyli miejsce katastrofy, rejestratory lotu i ciała ofiar, nie dopuszczając polskich służb, by przejęły nośniki tajnych danych, które znajdowały się w maszynie prezydenckiej. Bierność władz uniemożliwiła polskim prokuratorom dostęp do materiałów dowodowych, a polskiej opinii zamknęła drogę do poznania prawdy.
Przypomnijmy, że podczas zeszłorocznej (30 sierpnia 2009 r.) katastrofy białoruskiego myśliwca Su-27 w Radomiu, z rozpoczęciem śledztwa i z zabezpieczeniem czarnej skrzynki Polska wstrzymała się do czasu przyjazdu ekspertów z Białorusi, a śledztwo prowadziła wspólna polsko-białoruska komisja. Rzecznik MON Robert Rochowicz mówił wówczas: „To strona, do której należał samolot, decyduje o tym, w jakim stopniu, kiedy i czy w ogóle udostępnione zostaną opinii publicznej informacje nt. ustaleń komisji”. Co się stało, że w przypadku wypadku samolotu prezydenckiego polski rząd zmienił zasady?
Grzegorz Wierzchołowski, Telegraf24
Zaproszenie do Moskwy uzdrowiło Jaruzelskiego - Niezależna.pl, 1 kwietnia 2010 r.
Gen. Wojciech Jaruzelski chce lecieć do Moskwy, a zaproszenie na obchody 65. rocznicy zwycięstwa nad Hitlerem przyjął "z wielkim zadowoleniem". Przypominamy więc, że w grudniu 2009 r. lekarze orzekli, iż generał jest "bardzo chory", w związku z czym tylko raz w tygodniu może być wzywany do sądu.
- Jestem bardzo wdzięczny prezydentowi Rosji Dmitrijowi Miedwiediewowi za zaproszenie na obchody 65. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem i przyjmuję je z wielkim zadowoleniem. Jestem szczęśliwy, że dożyłem wspaniałej rocznicy Zwycięstwa i mogę ją uczcić - mówił dwa dni temu gen. Jaruzelski.
Palący się do podróży Wojciech Jaruzelski z marca 2010 r. zupełnie nie przypomina "schorowanego" Wojciecha Jaruzelskiego z grudnia 2009 r. Właśnie wtedy - przed kolejną rozprawą w procesie o bezprawne wprowadzenie stanu wojennego - generał przedstawił zaświadczenie lekarskie, mówiące, że jest "ciężko chory". Lekarze stwierdzili m.in., iż Jaruzelski może odpowiadać tylko 2 godziny dziennie, a do sądu może być wzywany... tylko raz w tygodniu. Podsumowując - tygodniowo generał nie może przebywać w sądzie więcej niż 120 minut. Jak informował "Fakt" - lekarze zaznaczyli również, że problemy Jaruzelskiego ze zdrowiem mają "charakter postępujący".
Tymczasem "ciężko chorego" generała - którego choroba w dodatku od trzech miesięcy "postępuje" - czeka ponad 1100-kilometrowa podróż do Moskwy, uczestnictwo w wielogodzinnych obchodach (5 lat temu trwających aż dwa dni) i powrót. Może więc kolejne rozprawy w procesie o wprowadzenie stanu wojennego - zamiast w Warszawie - powinny odbywać się w Moskwie? Wszystko wskazuje bowiem na to, że do stolicy Rosji Jaruzelskiemu jest znacznie bliżej niż do stolicy Polski, a sama perspektywa pobytu w okolicach Kremla działa na generała tak ożywczo, że o "ciężkiej" i "postępującej" chorobie natychmiast zapomina.
Grzegorz Wierzchołowski (Niezależna.pl, 1 kwietnia 2010 r.)
Władza idee i ucho prezesa - "Gazeta Polska", 17 marca 2010 r.
Poparcie dla PiS sięgające 25–30 proc. – nawet gdyby popularność PO spadła (na co się nie zanosi) do poziomu 30–35 proc. – to spory kapitał, niedający jakkolwiek żadnych szans na stworzenie rozsądnej koalicji rządowej.
„Kongres potwierdził schyłek. Szkoda PiS” – taki wpis zaraz po kongresie partii umieścił w serwisie internetowym Twitter poseł Paweł Poncyljusz. Komentarz parlamentarzysty natychmiast podchwyciły niesprzyjające Jarosławowi Kaczyńskiemu media, po raz kolejny snując wizję bliskiego końca Prawa i Sprawiedliwości. Ale i tym razem – choć o „schyłku” mówił poseł PiS, a nie politycy Platformy – radość przeciwników IV RP jest przedwczesna.
W PiS nie ma frakcji
W prasowych analizach poświęconych wewnętrznym zawirowaniom i podziałom w partii Jarosława Kaczyńskiego używa się najczęściej szablonu „frakcyjnego”, który doskonale pasuje do opisu sytuacji w Platformie Obywatelskiej czy SLD. W klubach parlamentarnych obu tych ugrupowań tzw. frakcje (np. Schetyny, Palikota czy Olejniczaka) liczą po kilkanaście lub kilkadziesiąt osób, wspieranych zwykle przez liczących się w swoich regionach polityków lokalnych, a także przez rozmaite pozapolityczne grupy interesu (biznesmeni, lobbyści itd.).
Model ten – jakkolwiek by go nie modyfikować – nie ma jednak żadnego zastosowania do charakterystyki podziałów w Prawie i Sprawiedliwości. Dlaczego? Bo istniejące w tej partii „frakcje” – choć liczne i często bardzo negatywnie nastawione wobec przywództwa Jarosława Kaczyńskiego – liczą z reguły... dwóch–trzech polityków.
– Śmieszy mnie mówienie o frakcjach Poncyljusza, Hofmana czy Brudzińskiego – mówi nam jeden z polityków PiS. – Oczywiście istnieją różne animozje i starcia, np. między Zbigniewem Ziobrą a Wassermannem czy Jackiem Kurskim a Adamem Bielanem, są także polityczne przyjaźnie, jak w przypadku Mularczyka i Ziobry, ale mówienie o jednorodnych frakcjach, które mogłyby stworzyć choćby koło poselskie wielkości Polski Plus [8 posłów – przyp. red.], to ogromna przesada.
Stworzenie silnej kilkunastoosobowej grupy, która mogłaby lobbować na rzecz wewnątrzpartyjnych reform, zmian w politycznej taktyce czy przesunięć personalnych, jest – póki co – niemożliwa z jednego powodu. – Żaden z potencjalnych liderów takiej frakcji nie jest w stanie pociągnąć za sobą większej liczby działaczy, bo wbrew temu, co mówi się o PiS, jesteśmy partią bardzo zróżnicowaną ideowo – twierdzi nasz rozmówca. I wskazuje, że wyrazem takiej niemożności była podjęta na kongresie próba wysunięcia przez Pawła Poncyljusza kandydatury Zbigniewa Girzyńskiego na prezesa partii. Obu tych posłów łączy w zasadzie tylko podobny wiek i krytyczne spojrzenie na sytuację w PiS; poza tym różnią się niemal wszystkim. Prounijny Poncyljusz wywodzi się z chadeckiego Ruchu Stu, gdzie działał wraz z Andrzejem Olechowskim i Czesławem Bieleckim, a eurosceptyk Girzyński związany jest z Radiem Maryja i konserwatywnym środowiskiem Ruchu Odbudowy Polski.
„Młodzi” kontra „starzy”
Według informacji „GP”, istnieją trzy zasadnicze linie podziałów w Prawie i Sprawiedliwości. To właśnie na ich styku dochodzi najczęściej do krystalizowania się postaw, które przez nieprzychylne PiS media opisywane są jako rzekomy zwiastun reform lub rozłamu w partii Jarosława Kaczyńskiego.
Pierwsza linia podziału przebiega między „młodszymi” (30- i 40-letnimi) posłami PiS, którzy ze zrozumiałych względów nie mają w swoich życiorysach epizodu działalności w antykomunistycznym podziemiu, a politykami starszymi, pamiętającymi dobrze PRL (Antoni Macierewicz, Joanna Kluzik-Rostkowska) lub znającymi się z czasów Porozumienia Centrum (Przemysław Gosiewski, Marek Kuchciński, Adam Lipiński, Joachim Brudziński, Krzysztof Putra, Marek Suski, Krzysztof Jurgiel, Tadeusz Cymański). To konflikt jak najbardziej naturalny, choć wzmacniany dużym sondażowym dystansem PiS do Platformy (i co za tym idzie: frustrującym brakiem perspektyw politycznych dla „młodych”) oraz częściowym budowaniu wizerunku partii na etosie solidarnościowym – nie zawsze zrozumiałym dla młodszych polityków, a w niektórych przypadkach stanowiącym spore obciążenie wizerunkowe i programowe (np. uległość wobec roszczeń związków zawodowych).
– 30- i 40-latkowie z PiS, którzy kilka lat temu mieli nadzieję, że ich praca dla partii zostanie wynagrodzona, teraz wiedzą, że w nadchodzącym pięcioleciu szczytem ich możliwości będzie prawdopodobnie mandat poselski. W 2005 r. mówiono im, że na ważniejsze stanowiska przyjdzie jeszcze czas, w 2009 r. pokrzywdzono ich w eurowyborach, teraz więc w sumie nie dziwi, że niektórzy chcieliby pójść po władzę razem z SLD – mówi „GP” ważny lokalny działacz PiS.
„Młodsi” posłowie Prawa i Sprawiedliwości, buntujący się ciszej lub głośniej przeciw polityce kierownictwa partii (wyjątkiem są Adam Bielan i Michał Kamiński, bliscy doradcy Jarosława Kaczyńskiego), nie stanowią jednak monolitu – to raczej paręnaście kilkuosobowych grupek, zwykle o zupełnie odmiennej orientacji ideowej. Mamy więc wśród nich zarówno młodych „pragmatyków”, postulujących otwarcie się na centrowy elektorat lub dopuszczających możliwość współpracy z SLD (Adam Hofman, Dawid Jackiewicz, Mariusz Kamiński – nie mylić z byłym szefem CBA, Tomasz Dudziński), jak i nieco bardziej sztywnych ideowo zwolenników zdecydowanych zmian w polityce wizerunkowej (Paweł Poncyljusz, a także Jan Ołdakowski, Paweł Kowal i Elżbieta Jakubiak), umiarkowanych liberałów-antykomunistów (Maks Kraczkowski), narodowych katolików (Zbigniew Girzyński) czy najprężniejszą chyba grupę „ziobrzystów” (Zbigniew Ziobro, Arkadiusz Mularczyk, Beata Kempa).
Dostęp do ucha
Drugą linią podziału w PiS jest stosunek do zasady „cel uświęca środki”. Mówiąc krótko: chodzi o spór zwolenników „pragmatycznego” podejścia do polityki, dopuszczającego daleko idące kompromisy wizerunkowe, polityczne i programowe, ze stronnikami twardego trzymania się ideowych pryncypiów.
Po jednej stronie stoją więc zwolennicy łagodzenia i ocieplania wizerunku partii (PR na modłę Platformy Obywatelskiej), zmiękczania programu (parytety), „kursu na lewo” lub przynajmniej porozumienia w pewnych kwestiach (np. mediów publicznych) z postkomunistami. Do grupy tej można zaliczyć zarówno „młodych” buntowników (Adam Hofman, Mariusz Kamiński, Paweł Poncyljusz), jak i „starych” działaczy PiS (większość tzw. zakonu PC z Adamem Lipińskim na czele, Joanna Kluzik-Rostkowska).
Szanse Prawa i Sprawiedliwości w wierności politycznym zasadom i w powrocie do twardego kursu z 2005 r. upatrują z kolei zgodnie Zbigniew Girzyński, konserwatyści Artur Górski i Stanisław Pięta, „ziobrzyści” oraz niektórzy politycy starszego pokolenia, m.in. Antoni Macierewicz, Jan Szyszko czy eurosceptyczny „pecetowiec” Krzysztof Jurgiel. Na drugim, „ideowym” biegunie również zatem zacierają się różnice pokoleniowe.
Trzecią – i wcale nie najmniej ważną linią podziału w Prawie i Sprawiedliwości jest stopień poufałości w relacjach z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim. Linia ta tylko w niektórych punktach przecina się z linią „pokoleniową” i linią „wartości”. Toteż w najbliższym otoczeniu Kaczyńskiego mamy „młodych” i „starych”, „pragmatyków” i „ideowców”: Adama Bielana, Michała Kamińskiego, Krzysztofa Putrę, Joachima Brudzińskiego, Przemysława Gosiewskiego, Krzysztofa Jurgiela, Antoniego Macierewicza czy Adama Lipińskiego. Reprezentanci czterech wymienionych umownych grup aktywni są – rzecz jasna – również we „frakcji odrzuconych”; na brak zaufania lub zrozumienia u prezesa Kaczyńskiego mogą skarżyć się obecnie zarówno „młody” Arkadiusz Mularczyk, jak i „stary” Tadeusz Cymański; tak Zbigniew Girzyński, znany w partii z ideowości, jak i proSLD-owski, promowany przez Adama Lipińskiego Adam Hofman.
Scenariusze na przyszłość
Całkowite rozdrobnienie wewnątrzpartyjnej opozycji, skutecznie powstrzymujące wieszczony przez media rozpad PiS na dwa lub trzy równorzędne ugrupowania – to oczywiście dobra informacja dla wszystkich sympatyków tej partii, niezależnie czy chcieliby oni, by Jarosław Kaczyński pozostał prezesem, czy woleliby na tym stanowisku kogoś innego.
Nie da się jednak ukryć, że Prawo i Sprawiedliwość stoi przed dwoma palącymi problemami: brakiem przekonującej strategii politycznej na najbliższe lata oraz wzrastającą frustracją 30-, 40-letnich parlamentarzystów, którzy przestają wierzyć, iż obecność w PiS pozwoli im realizować program konserwatywnej prawicy lub – w przypadku mniej ideowych polityków – że umożliwi im sięgnięcie po władzę i stanie się trampoliną do wielkiej kariery.
Poparcie dla PiS sięgające 25–30 proc. – nawet gdyby popularność PO spadła (na co się nie zanosi) do poziomu 30–35 proc. – to spory kapitał, niedający jakkolwiek żadnych szans na stworzenie rozsądnej koalicji rządowej (chyba że nastąpiłby rozpad Platformy, a tamtejsi konserwatyści potrafiliby stworzyć nową silną formację). Sojusz z SLD doprowadziłby bowiem do poważnego rozłamu w partii Kaczyńskiego, PSL – zadowolone z mariażu z Tuskiem – jest jak na razie na koalicję z PiS zbyt słabe, a małe ugrupowania prawicowe (Polska Plus, Prawica RP, UPR, LPR) nie mają przy obecnej ordynacji wyborczej praktycznie żadnych szans na zaistnienie w parlamencie.
Jarosław Kaczyński, nowy-stary prezes Prawa i Sprawiedliwości, będzie więc musiał wkrótce (zapewne po wyborach prezydenckich) zdecydować, czy jego partia w dalszym ciągu grać ma „na przeczekanie” Platformy, czy korzystniejsze okazałoby się wyciągnięcie ręki do jakiegoś potencjalnego koalicjanta lub też gruntowna reforma wizerunku, struktur i zasad funkcjonowania PiS. Inaczej „schyłek”, o którym pisał Paweł Poncyljusz, nieuchronnie stanie się za kilka lat faktem.
Grzegorz Wierzchołowski, "Gazeta Polska" 17 marca 2010 r.
SCHIZOFRENIA W SPRAWIE KATYNIA
"Ludobójstwem był holocaust czy rzeź w Rwandzie, natomiast Katyń to zbrodnia wojenna" - wtórował marszałkowi Niesiołowskiemu prezes Federacji Rodzin Katyńskich (FRK) Andrzej Skąpski, zarejestrowany przez SB jako TW „Igor”. Tymczasem na stronie internetowej FRK zbrodnia w Katyniu określana jest jako... ludobójstwo.
Andrzej Skąpski, prezes Federacji Rodzin Katyńskich, okazał się najważniejszym medialnym sojusznikiem polityka PO w trakcie burzy, jaka rozpętała się po wywiadzie Niesiołowskiego dla "Dziennika".
„Po raz kolejny śmierć naszych ojców jest wykorzystywana do takiej już najbrudniejszej polityki, jaką sobie można wyobrazić. (...) Ludobójstwem był holocaust czy rzeź w Rwandzie, natomiast Katyń to zbrodnia wojenna. Czepianie się słowa i robienie z tego afery politycznej jest dla mnie obrzydliwe i oburzające" – powiedział Skąpski radiu RMF FM. Co ciekawe, żadna z gazet i telewizji, chętnie cytujących wypowiedź Skąpskiego, nie dodała, że był on w latach 1988-1989 zarejestrowany jako tajny współpracownik komunistycznej bezpieki o pseudonimie „Igor” (fakt ten ujawniła "Gazeta Polska").
Jeszcze bardziej interesujących informacji dostarcza strona internetowa Federacji Rodzin Katyńskich, redagowana przez córkę Skąpskiego - Izabellę. Zarówno na podstronie "Konspekty lekcji", jak i w zakładce "Polskie Cmentarze Wojenne" - zbrodnia w Katyniu określana jest mianem "ludobójstwa". Skąd ta sprzeczność?
- Ja jestem prezesem Federacji Rodzin Katyńskich dopiero od dwóch lat, to pewnie jakaś wcześniejsza historia. Możliwe, że takie słowo się znalazło, ale nie znaczy to, że my takie stanowisko reprezentujemy. Ktoś, kto to pisał, widocznie w rozpędzie takiego słowa użył - mówi portalowi Niezalezna.pl Andrzej Skąpski.
Jaka jest więc definicja ludobójstwa?
- Ludobójstwo to mord na narodzie, grupach etnicznych czy wyznaniowych. Spełnia te kryteria zbrodnia holokaustu, mordowanie Romów w czasie II wojny światowej, rzezie w Rwandzie czy to, co działo się ostatnio na Bałkanach, gdzie ludzie byli mordowani ze względu na przynależność do grupy religijnej lub etnicznej. W związku z tym my od dwóch lat stoimy niezmiennie na stanowisku, że wymordowanie naszych przodków w Katyniu nie było ludobójstwem, lecz zbrodnią wojenną - mówi Skąpski.
Przypomnijmy, że jeszcze dwa lata temu Stefan Niesiołowski był autorem uchwały senatu, w której podkreślano, iż „Senat RP [...] odrzuca próby fałszowania historii, pomniejszania zbrodni komunistów, odmowy nazywania zbrodni katyńskiej ludobójstwem.” Czy polityk PO także zrobił to "z rozpędu"?
Grzegorz Wierzchołowski (autor jest redaktorem naczelnym portalu Niezależna.pl i zastepcą redaktora naczelnego serwisu Telegraf24.pl)
MEDIA KŁAMIĄ, BIURWA RZĄDZI
W artykułach i relacjach na temat sporu warszawskich kupców z miastem znajduje się tyle przekłamań, że ciężko uwierzyć, iż wynikają one jedynie z niewiedzy dziennikarzy. Portal Niezalezna.pl przypomina najważniejsze z nich.
Jednym z koronnych argumentów przeciw KDT jest rzekome odrzucanie przez kupców proponowanych przez miasto zastępczych lokalizacji ich centrum handlowego. Według "Gazety Wyborczej" i telewizji TVN handlowcy z Kupieckich Domów Towarowych są tak chciwi, niesprawiedliwi i pazerni, że zadowala ich jedynie miejsce pod Pałacem Kultury i Nauki.
To całkowita nieprawda. W kwietniu 2009 r. przedsiębiorcy wybrali jedną z ośmiu wskazanych przez ratusz lokalizacji. Chodzi o 16-hektarową działkę przy ul. Okopowej 78. Walne zgromadzenie udziałowców KDT zadecydowało wówczas niemal jednogłośnie, że spółka stanie do udziału w przetargu na zagospodarowanie tego terenu. Z kompromisu wycofało się jednak... miasto. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zgodziła się bowiem, by do czasu wybudowania nowego ładnego domu towarowego na Okopowej (2012 r.) kupcy mogli pozostać na pl. Defilad (czyli w dotychczasowym miejscu) i zarabiać na życie.
Druga istotna manipulacja to wmawianie społeczeństwu, że kupcy upierają się przy pozostawieniu „szpetnego blaszaka” w centrum miasta. Jest to oczywiste kłamstwo.
Kupcy już od dobrych kilku lat chcą wybudować – za własne pieniądze! (w przeciwieństwie do koncernu ITI, którego inwestycja została dofinansowana za sprawą p. Gronkiewicz-Waltz przez podatników) – ładny nowy dom towarowy. Na początku miał on powstać obok obecnego „blaszaka” (kupcy wydali 5 mln zł na projekt architektoniczny i zebrali ok. 50 mln zł na budowę) – ale rządzącej w stolicy Platformie się to nie spodobało. Projekt powędrował więc do kosza.
Pół roku temu rozmawiałem z prezesem KDT, który powiedział: "My również uważamy, że obecna hala nie jest ładna, i też chcemy, aby znikła. Dlatego zebraliśmy 50 mln zł na budowę nowoczesnego, estetycznego obiektu handlowego, który ma stanąć na jej miejscu. Mamy pieniądze i projekt, mamy chęć do pracy, niech urzędnicy nam tylko na to pozwolą. Gdy budowaliśmy w 1999 r. obecną halę, zwaną „blaszakiem”, nie mieliśmy żadnych gwarancji, że za trzy lata miasto nie wymówi nam dzierżawy. Nikt o zdrowych zmysłach nie budowałby przecież w takich warunkach eleganckiego centrum handlowego."
Warto tutaj dodać, że miastu nie przeszkadza wiele innych szpetnych budowli w ścisłym centrum Warszawy – jak np. odstraszający swoim smrodem zagranicznych turystów Dworzec Centralny czy stalinowski Pałac Kultury i Nauki.
Trzecie – najśmieszniejsze chyba przekłamanie – dotyczy rzekomego uprzywilejowania kupców. Przypomnijmy, że chodzi o ludzi, którzy nigdy nie dostali od państwa żadnej odprawy ani żadnych dopłat. Ludzi, którzy od kilkunastu lat płacą podatki i wytwarzają prawdziwy dochód narodowy. W czasie, gdy tych właśnie „uprzywilejowanych” kupców pozbawia się miejsc pracy, bogaty koncern ITI dostaje górę pieniędzy od podatnika i korzystne warunki dzierżawy sporego terenu, a neokomuniści z „Krytyki Politycznej” – atrakcyjny lokal na Nowym Świecie po skrajnie preferencyjnych cenach.
Od medialnych popleczników Hanny Gronkiewicz-Waltz – typowej socjalistycznej biurwy, która dokładnie wczoraj, w dniu rozprawy z kupcami, wdrożyła nowy regulamin wynagradzania swoich urzędasów (nagrody mają być przyznawane nie rzadziej niż 3 razy w roku!) – trudno jednak wymagać przyzwoitości.
Grzegorz Wierzchołowski (Niezależna.pl, 22 lipca 2009 rok)
PS. Informacja dla komentatorów, którzy mówią, że kupcy - stawiając nowe centrum handlowe na pl. Defilad - nie mieliby przez kilka lat gdzie handlować. Nowy dom towarowy miał być budowany obok istniejących "blaszaków". Teren, gdzie stoi dziś hala, byłby zabudowany dopiero pod sam koniec. Przypominam fragment mojego artykułu "Gronkiewicz-Waltz niszczy kupców": "W 1999 r. doszło do tymczasowego porozumienia: miasto utworzyło wraz z handlowcami spółkę KDT (Kupieckie Domy Towarowe), która zobowiązywała się przenieść wszystkie uliczne kramy do tymczasowej hali. Pawilon miał być zbudowany za pieniądze kupców, a po jego postawieniu miały rozpocząć się przygotowania do budowy ładnego obiektu handlowego, który raz na zawsze rozwiązałby problem handlu pod Pałacem Kultury."
PROROCTWA STEFANA NIESIOŁOWSKIEGO
- PiS, wchodząc do nowej frakcji konserwatystów, od razu strzelił sobie gola i skazał się na margines - powiedział dziś "Wirtualnej Polsce" Stefan Niesiołowski z PO. Przypomnijmy więc, jak w 2001 r. kontrowersyjny polityk wieścił szybki koniec Lecha Kaczyńskiego i... Platformy Obywatelskiej.
Oto, co pisał Stefan Niesiołowski o Lechu Kaczyńskim (przyszłym prezydencie RP) w 2001 r., tuż po jego dymisji ze stanowiska prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości:
W stabilnej demokracji dymisja oznacza koniec, a nie początek kariery politycznej. W Polsce ten koniec jest zwykle poprzedzony niespotykaną przedtem erupcją aktywności, tworzeniem kolejnej partii, ideologii, programu politycznego. Tak było w przypadku Jana Parysa, Antoniego Macierewicza, Jana Olszewskiego, Romana Jagielińskiego. Tak będzie też w przypadku Lecha Kaczyńskiego, zwłaszcza że wiele z jego działań miało charakter propagandowy, było obliczone na doraźny efekt polityczny - chociażby wszczynanie śledztw po każdym głośniejszym doniesieniu prasowym. ("Gazeta Wyborcza", 19 IX 2001)
Podobnie smutny i szybki koniec miał - według słów Niesiołowskiego - czekać partię Prawo i Sprawiedliwość. W tym samym tekście z 2001 r. polityk pisał:
Obecny powrót na scenę polityczną panów Kaczyńskich ma wiele z farsy. Pamiętajmy też o znaczącej liczbie podejrzanych indywiduów, zawsze galwanizowanych w efekcie działań braci Kaczyńskich. Polskę chroni jednak charakterystyczny dla obu panów gen autodestrukcji, który niweczy ich wysiłki. Zarówno historia Porozumienia Centrum, jak i każdej inicjatywy Kaczyńskich, po której pozostało jedynie gruzowisko, jest tego dobrym przykładem.
Jak wiadomo, prognozy Niesiołowskiego szybko i brutalnie zostały zweryfikowane przez polityczną rzeczywistość - w wyborach parlamentarnych w 2001 r. PiS zdobył bowiem prawie dwa razy więcej głosów niż AWSP, z której list startował Niesiołowski. Po czym - przypomnijmy - to AWSP, która nie zdołała nawet wejść do Sejmu, przemieniła się w "gruzowisko".
Co ciekawe, jeszcze krytyczniej - i kto wie, czy nie rozsądniej - Stefan Niesiołowski oceniał Platformę Obywatelską Donalda Tuska i Andrzeja Olechowskiego. W artykule "Rozbijacze na prawicy" ("GW" 20 VII 2001) "prorok" polskiej sceny politycznej twierdził:
Ciągle trudno określić, komu poza Unią Wolności odbiera głosy Platforma Obywatelska. Ugrupowanie nowe, programowo nieokreślone, udające, że nie jest partią polityczną i celowo unikające zabierania głosu we wszystkich ważnych kwestiach społecznych, ekonomicznych i politycznych - lecz za to dające popisy hipokryzji i cynizmu, dość skutecznie żerujące na znanych fobiach, ignorancji i naiwnej wierze ludzi zniechęconych do polityki. Liderzy PO już zaczynają napotykać trudności z przekonaniem wyborców do szczerości intencji swych polityków - dobrze przecież znanych, i to nie zawsze z najlepszej strony. Teraz owi politycy nagle zapewniają, że stali się inni, uczciwsi, bardziej autentyczni i bardziej prawdomówni niż wszyscy pozostali. Przy okazji nasuwa się pytanie, jak to możliwe, by ktoś z takim życiorysem jak Andrzej Olechowski - płytki intelektualnie i pod wieloma względami po prostu niewiarygodny - mógł zdobyć kilka milionów głosów w wyborach prezydenckich. PO najprawdopodobniej skończy tak jak wszystkie ruchy, które spaja jedynie cynizm, hipokryzja i konformizm. Ciekawe tylko, czy nastąpi to jeszcze przed wyborami, czy zaraz po.
Niecałe dwa tygodnie później Niesiołowski wystawił swoim przyszłym partyjnym kolegom kolejną "laurkę". Tym razem w "Życiu":
Uważam, że PO to twór sztuczny i pełen hipokryzji. Oni nie mają właściwie żadnego programu. Nie wyrażają w żadnej trudnej sprawie zdania. Nie występują pod własnym szyldem, bo to ich zwalnia z potrzeby zajmowania stanowiska w trudnych sprawach. ("Ż" 1 VIII 2001)
A we wrześniu 2001 r., cztery dni przed wyborami do Sejmu i Senatu, Niesiołowski przyłożył PO jeszcze mocniej:
Platforma celowo prezentuje brak stanowiska we wszystkich ważnych kwestiach społecznych i ekonomicznych, a zwłaszcza politycznych oraz w sporach ideowych (jej przedstawiciele nie mieli nic do powiedzenia na temat oddania hołdu organizacji WiN). Nie przeszkadza jej to wmawiać społeczeństwu, że jest tą upragnioną "nową jakością". W dodatku Platforma, kwestionując celowość istnienia partii politycznych, postulując likwidację Senatu i zmniejszenie liczby posłów, toruje drogę populizmowi i demagogii. W istocie jest takim "świecącym pudełkiem" - mamy do czynienia z elegancko opakowaną recydywą tymińszczyzny lub nowym wydaniem Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, której kilku liderów znakomicie się odnalazło w PO. ("GW" 19 IX 2001)
Grzegorz Wierzchołowski (NIEZALEŻNA.PL, 23.06.2009 r.)
CYTATY Z PANA TADEUSZA
Tadeusz Mazowiecki - niegdyś aktywny działacz założonego przez NKWD stowarzyszenia PAX - oskarżył IPN o "obrzydliwe metody", postulując wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim zmianę nazwy IPN na Instytut Kłamstwa Narodowego. W związku z tym przypominamy Czytelnikom kilka cytatów z twórczości pana Tadeusza.
Najpierw tło historyczne: pan Tadeusz - jako "postępowy katolik" - wstąpił w 1949 r. do organizacji PAX, założonej dwa lata wcześniej przez wysokiego funkcjonariusza NKWD - Iwana Sierowa - oraz innego agenta tej organizacji, Bolesława Piaseckiego. O tym, jak przebiegał werbunek "postępowych katolików" w pierwszych latach komuny, mówił na antenie Radia Wolna Europa wybitny agent PRL-owskiej bezpieki - Józef Światło:
Sierow liczył się z tym, że stworzenie dostatecznie licznej grupy księży-patriotów natrafi na duże przeszkody. Rozpoczął wobec tego organizowanie grupy świeckich katolików, którzy otrzymali później nazwę "postępowych katolików". Ten werbunek prowadzony był utartymi drogami NKWD. Pomniejsi działacze katoliccy wzywani byli na rozmowy i nakłaniani do współpracy. Jeżeli rozmowa tego typu nie dawała wyników, delikwent wędrował po prostu do więzienia.
Pan Tadeusz nie powędrował do więzienia, tylko do PAX-u. W 1951 r. skończył 24 lata - czyli tyle, ile Paweł Zyzak, autor obrzydliwej książki o Lechu Wałęsie. Ale miłujący prawdę Tadeusz - zamiast tworzyć w tym wieku nieprzyzwoite biografie - pisał artykuły. Gdzie? W "katolickim" "Słowie Powszechnym", nieuznawanym przez władze kościelne, bo założonym przez wspomnianego już agenta NKWD Piaseckiego - oraz w tygodniku "Dziś i jutro", promującym współpracę katolików z komunistami.
Pan Tadeusz pisał tak ciekawie, że w wieku 26 lat został redaktorem naczelnym "Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego". W piśmie tym zamieścił m.in. wyjątkowo rzetelny artykuł na temat procesu biskupa Kaczmarka, oskarżonego przez władze komunistyczne o szpiegostwo. Oto fragmenty dziennikarskiej roboty pana Tadeusza:
We wtorek, dnia 22 września br. [1953 red.] Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie ogłosił wyrok w sprawie ks. bp. Kaczmarka oraz ks. J. Danilewicza, ks. Wł. Widlaka, ks. J. Dabrowskiego i siostry W. Niklewskiej - oskarżonych o zorganizowanie ośrodka prowadzącego działalność dywersyjną, wymierzoną przeciwko państwu ludowemu, działalność godzącą w najżywotniejsze interesy naszego narodu.
Proces ten, którego szczegółowy przebieg znany jest z prasy codziennej i radia, wstrząsnął nami wszystkimi. (...) Każdy, kto jest wiernym Kościoła, a zarazem uczciwym obywatelem ludowej ojczyzny rozumie, ze religijna misja Kościoła trwająca przez wszystkie czasy może i powinna być pełniona w ustroju socjalistycznym. (...)
Proces ks. bp. Kaczmarka udowodnił również naocznie, i to nie po raz pierwszy, jak dalece imperializm amerykański, pragnący przy pomocy nowej wojny, a wiec śmierci milionów ludzi, narzucić panowanie swego ustroju wyzysku i krzywdy społecznej krajom, które obrały nową drogę dziejową, usiłuje różnymi drogami oddziaływać na duchowieństwo oraz ludzi wierzących i kierować ich na drogę walki z własną ojczyzną, stanowiącą wspólne dobro wszystkich obywateli.
Przedstawiając się jako obrońca cywilizacji chrześcijańskiej, imperializm amerykański dokonuje nadużycia, pragnąc oszukać katolików w krajach demokracji ludowej, w szczególności Polsce, że nowa wojna, wojna dokonywana przy pomocy neohitlerowskiego Wehrmachtu ma pozostawać w zgodzie z dobrem Kościoła. To nadużycie wymaga stanowczego odporu od nas, którzy wiemy że dobrem Kościoła nie jest wojna, a katolicyzm pełni swą misję przez apostolstwo, a nie przez siłę polityczną i militarną. Stawiający na skłócenie wewnętrzne Polaków imperializm amerykański musi otrzymać stanowczą odprawę od polskich katolików.
Torturowany w areszcie śledczym bezpieki bp Czesław Kaczmarek zmarł 10 lat po wytoczeniu mu procesu - jego śmierć przyspieszyło ogólne wyczerpanie fizyczne i psychiczne.
W tym czasie pan Tadeusz miał jednak inne rzeczy na głowie niż kłopoty zdrowotne jakichś amerykańskich imperialistów. Zgodnie z nową linią partyjną - potępił stalinowską dyktaturę i opowiedział się za politycznym realizmem oraz gomułkowską "narodową drogą do socjalizmu". Problem w tym, że nowy idol Tadeusza - Władysław Gomułka - wpadł w 1961 r. na pomysł, by zakazać nauczania w szkołach religii nawet jako przedmiotu nadobowiązkowego. Pan Tadeusz musiał więc sporo się namyślać, czy jest bardziej katolikiem, czy bardziej "katolikiem postępowym". Zwyciężył jednak zdrowy rozsądek i przyszły "niekomunistyczny" premier postanowił nie podskakiwać Pierwszemu Sekretarzowi. By dowieść swej lojalności, pan Tadeusz z wysokości trybuny sejmowej nawet Gomułkę pochwalił:
Można z czystym sumieniem powiedzieć, że gdyby Polska Ludowa miała na koncie swoich społecznych zdobyczy tylko to, co osiągnięto w upowszechnianiu oświaty, samo to wystarczyłoby dla zapewnienia jej szczególnego miejsca w tysiącletnich dziejach naszego narodu. (...) Rozumiemy, że ten wielki rozwój oświaty nie jest dziełem przypadku, ale wynika u nas z założeń ustroju socjalistycznego. (...) Nie możemy więc głosować "za", ale też nie chcemy głosować przeciw ustawie [zakazującej nauczania religii], która ma na celu rozwój oświaty w Polsce. (...)
Chciałbym, aby Obywatele Posłowie rozumieli, jak bardzo rozdarty jest w tej sytuacji człowiek zaangażowany, człowiek, dla którego Polska Ludowa jest ojczyzną.
Obywatele Posłowie zrozumieli - i przegłosowali antyreligijną ustawę. My rozumiemy zaś - zwłaszcza w świetle powyższych cytatów z twórczości pana Tadeusza - jego obecne rozdarcie w związku z "obrzydliwościami" wytwarzanymi przez historyków IPN.
W końcu prawdziwą ojczyzną Tadeusza Mazowieckiego jest, i będzie już na zawsze, Polska Ludowa.
Grzegorz Wierzchołowski, tekst ukazał się wcześniej w portalu Niezależna.pl